−−egoCENTRUM−−
poradnia psychologiczna


Szkolenia i treningi:




Konkurencja:
chemia miłości czy nienawiści?

Sport bez konkurencji w ogóle by nie istniał więc w pierwszym odruchu można by stwierdzić, że uczucia żywione dla konkurencji zdecydowanie bliższe są miłości. Czy tak jest w rzeczywistości? Tak jak w życiu zazwyczaj bywa, wszystko ma kilka wymiarów więc ja daleka jestem od zdecydowanego opowiedzenia się czym dla nas jest konkurencja i jakie uczucia w nas ona budzi. Postaram się przeanalizować obie możliwości na swoim przykładzie a raczej na przykładzie sportów które stały się bardzo ważną częścią mojego życia.
Zdobyłam kilkakrotnie mistrzostwo świata i Europy w kick-boxingu by później "zdradzić" go na rzecz boksu i to zawodowego, w którym także sięgnęłam szczytu, zdobywając tytuł zawodowej mistrzyni Europy oraz mistrzostwo świata w trzech federacjach. Przez blisko 11 lat stoczyłam ponad 70 walk i nawet kilka z nich przegrałam. Czy byłabym tym kim jestem dziś bez konkurencji? Nigdy! Gdyby takowa nie istniała nie mogłabym poszczycić się tak wspaniałymi sukcesami. Jak w takim razie jest z tą konkurencją? Bo ja szczerze mówiąc, nie żywię żadnych uczuć w stosunku do konkurencji, które przypominałyby miłość. No to może nienawiść? Hmmm...niestety trochę bliżej mi do tego drugiego ale to zdecydowanie nie to. To jakie jest to uczucie? Chyba nie ograniczałabym się do jednego. Pierwszym ,które nasuwa się automatycznie jest szacunek. No ale przed chwilą napisałam że bliżej mi do nienawiści a szacunek kojarzyć może się raczej z czymś pozytywnym. To może spróbuję wyjaśnić z czego ów szacunek wynika. Ciekawa jestem ile różnych odpowiedzi usłyszałabym zadając to pytanie Wam? Moja odpowiedź brzmi - ze strachu. Jak to? Możecie zapytać. A tak to właśnie, ze strachu. Ze strachu przed porażką, ze strachu przed siłą potencjalnej przeciwniczki, przed jej wolą walki i ewentualnymi umiejętnościami. A przede wszystkim ze strachu przed swoimi własnymi słabościami... tak, tak...To naprawdę okropne uczucie, które pojawiało się przed każdą walką. Na szczęście potrafiłam sobie z tym poradzić i wykorzystać wpojone już przez rodziców poczucie własnej wartości ale wątpliwości, które pojawiały się przed pojedynkiem mogły by zadziałać bardzo destrukcyjnie. I jak tu kochać kogoś, kogo nawet naprawdę nie znamy a kto sprawia zupełnie nieświadomie i bezwiednie, że czujemy się słabi i mamy tego pełną świadomość? A jak na dodatek odnieść zwycięstwo w walce z kimś takim? Zwyczajnie! No tak, łatwo mi mówić! Niby tak, ale zrozumienie pewnych mechanizmów, które działają naszą psychiką spowodowało, że stało się to mało tego że realne ,to jeszcze nie tak trudne do zrealizowania! Jestem tego najlepszym przykładem. Pamiętam swoją walkę z Kelsey Jeffries, amerykanką która oprócz tego że jest prawnuczką ostatniego białego mistrza świata wagi ciężkiej w boksie zawodowym jest bardzo silna fizycznie. Jej siła nie wynikała z cech wyłącznie wrodzonych ani tylko z ciężkiej pracy, Była skutkiem wspomagania chemicznego. Kiedy zobaczyłam jej walki na kasecie VHS oniemiałam. Jak mam walczyć i WYGRAĆ z taką zawodniczką - pytałam siebie. Już w pierwszych sekundach byłam świadoma swojej słabości(w tym przypadku mniejszej siły fizycznej). Jak ja jej wtedy nienawidziłam!!! Za wszystkie te paskudne uczucia, które poddawały w wątpliwość moje umiejętności i ciężka pracę. Nic tylko się poddać. Ale nie tym razem! Po przetrawieniu wszystkich informacji na temat przeciwniczki, zaczęłam oswajać się z tym co mnie czeka. Zaakceptowałam i przyjęłam do wiadomości fakt, że będzie to bardzo trudna walka. Przeanalizowałam wszystkie swoje słabe strony. Przeanalizowałam również wszystkie swoje atuty. Jaki był tego efekt? Ogromna świadomość słabych stron ale i tych wyjątkowych, mocnych stron. I wiedziałam, że one muszą przeważyć jeżeli chcę wygrać! Nie mogłam pozwolić aby w moje serce wkradły się jakiekolwiek wątpliwości, bo to oznaczało by porażkę na długo przed bezpośrednią konfrontacją. Poprzez świadomość zagrożeń ze strony mojej konkurentki do walki przygotowałam się wyśmienicie i w efekcie wygrałam ją we wspaniałym stylu (do dziś uważam że to była moja najlepsza walka!). I wiecie co? Darzę ogromnym szacunkiem K.Jeffries z kilku powodów ,po pierwsze: bo dzięki temu jaką jest niebezpieczną zawodniczką uświadomiłam sobie swoje słabości, przez co mogłam z nimi walczyć i stać się jeszcze lepszą w tym co robię, po drugie: kolejny raz ktoś "zmusił" mnie do wydobycia z siebie tego, co we mnie najlepsze , po trzecie: dzięki niej weszłam na wyższy poziom tego co robię, moja świadomość walki i wszystkiego co się z nią wiąże zmieniła się z rozumienia jej istoty w stan w którym ja staję się jej częścią! Po czwarte : przez to że wygrałam z tak utytułowaną i znakomitą zawodniczką zostałam uznana za najlepszą pięściarkę swojej kategorii wagowej na świecie! Czego można chcieć więcej?! Czyż to nie paradoks? Ktoś, kto stanowi realne zagrożenie nie tylko dla dalszej kariery ale i dla zdrowia staje się przyczyną największego sukcesu. No dobrze, a jak by było z tym szacunkiem gdybym nie wygrała tej walki? Tą wygrałam ale przegrałam inną. Było to dużo wcześniej, jeszcze w kick-boxingu. Pamiętam jak dziś mistrzostwa świata w Gdańsku, moim rodzinnym mieście. Był to listopad 1997 roku. Walka o wejście do finału. Byłam wtedy aktualną mistrzynią świata z Kijowa, niepokonaną zawodniczką od 1993 roku, zdecydowaną faworytką nie tylko tego pojedynku ale i całych mistrzostw. Moją przeciwniczką była Rosjanka o której wiedziałam tylko tyle jak się nazywa i że jest odrobinę wyższa ode mnie. Tatiana Chalaya. Od pierwszych sekund walka toczyła się nie po mojej myśli. Przeciwniczka raz po raz zaskakiwała mnie mocnymi, szybkimi ciosami, których się nie spodziewałam. Byłam zupełnie poza walką. Gdzieś uleciał mój niezłomny duch walki...Dopiero w trzeciej rundzie "obudziłam się" ale było już za późno żeby wygrać ten pojedynek. Co się takiego stało? Czy zlekceważyłam swoją konkurentkę? A może byłam po prostu tak pewna swoich umiejętności że nie dopuszczałam do siebie myśli że mogę przegrać? Pewnie wszystkiego było po trochu. Do tego doszła nienajlepsza kondycja psychiczna i efekt był opłakany w skutkach. Pierwsza porażka od tak długiego czasu i to na dodatek w swoim rodzinnym mieście, na oczach rodziców, synka...Dramat! Zdobyłam wtedy brązowy medal więc teoretycznie to i tak był wielki sukces sportowy-są zawodnicy którzy marzą o medalu z mistrzostw Polski a ja zdobyłam medal mistrzostw świata. Ten jednak smakował gorzko...długo trwało zanim ochłonęłam i pogodziłam się z tamtą porażką. I co? Czy pomimo porażki potrafiłam powiedzieć że szanuję swoją rywalkę? Niestety dość dużo czasu musiało upłynąć zanim byłam w stanie tak powiedzieć. Kilka miesięcy po tamtej walce doceniłam to co się wydarzyło i mogłam powiedzieć że szanuję swoją przeciwniczkę. Za co? Za lekcję, której się musiałam nauczyć dzięki niej, pomimo tego że była bardzo bolesna. Również za świadomość że nic nie trwa wiecznie i że cały czas trzeba się uczyć od nowa. Za to, że dała mi motywację do dalszej pracy - ciężko jest zmusić się do morderczych treningów mając przekonanie bycia niepokonanym, co niestety najczęściej wcześniej czy później prowadzi do zguby. Była wspaniałą zawodniczką! Na walkę rewanżową nie mogłam się doczekać pomimo strachu przed kolejną porażką. Nasza kolejna walka odbyła się rok później, podczas mistrzostw Europy w Leverkusen. To była dobra, twarda walka. Tym razem górą byłam ja ale sędziowie dali wygraną 2:1 Rosjance - po walce Tatiana i jej trener powiedzieli że mają świadomość mojego zwycięstwa. Możecie uwierzyć lub nie ale pomimo krzywdzącego werdyktu czułam ogromna satysfakcję. Taki jest czasem sport, zupełnie jak życie.
Podałam dwa przykłady w których szacunek do konkurencji nie wziął się z fascynacji czy miłości do niej. Czy ja w ogóle lubię swoje przeciwniczki? Bo o miłości nie ma co mówić. Owszem, lubię swoje przeciwniczki. Wiecie kiedy najbardziej? Wtedy kiedy ze mną przegrywają! Zwłaszcza te, których nawet robiło mnie się żal, ponieważ przeze mnie lądowały w szpitalu...To straszne, prawda? Ale nic nie poradzę na to, że jestem wojownikiem. Ale tych przeciwniczek, które tak łatwo ze mną przegrywały nie szanowałam - owszem w jakiś sposób lubiłam je ale nie szanowałam. Nie były dla mnie wystarczającym wyzwaniem. Nie sprawiały, że poprzez zwycięstwo z nimi rosła moja świadomość odwalenia naprawdę dobrej roboty.
No dobrze, znalazły się zawodniczki, które naprawdę bardzo szanuję, jest kilka takich które darzę sympatią wynikającą raczej z ich słabości i poniekąd bezbronności a co z takimi których nie lubię? Są takie czy nie? Są ale na szczęście jest ich tylko kilka. Za co ich nie lubię? Nie za porażkę, ponieważ z żadną konkurentką której nie lubię nie przegrałam. Za nie sportowe zachowanie! Za nieczystą walkę, za brak szacunku dla przeciwnika, za chęć osiągnięcia celu bez względu na środki. Takie przeciwniczki napawają mnie obrzydzeniem.
Przykładem takiej zawodniczki jest Marokanka z którą miałam nieprzyjemność skrzyżowania rękawic podczas mistrzostw świata w kick-boxingu w walce o wejście do finału. Jeszcze przed walką trener zawodniczki z Niemiec ostrzegał mnie przed tym co była zdolna zrobić w ringu. Szybko przekonałam się o tym na własnej skórze. Przeciwniczka ta nic nie robiła sobie z obowiązujących zasad. Kiedy tylko nadarzała się okazja faulowała - gryzła, kopała poniżej pasa, uderzała głową i jestem pewna że gdyby nie miała rękawic próbowała by wytargać mnie za włosy. Kiedy teraz o tym piszę wydaje się to być nawet zabawne ale wtedy toczyłam walkę o wejście do finału ale i o to by nie stała mi się krzywda. Uratowała mnie tzw. "zimna krew" i niezłomna wola walki. Jeszcze dwa tygodnie dochodziłam do siebie. O mały włos nie wylądowałam w szpitalu bo rozległy krwiak uda nie chciał się wchłonąć. W tym miejscu mogę powiedzieć nawet o nienawiści. Na szczęście takich przeciwniczek spotkałam tylko kilka.
Czasem konkurencja staje się partnerem, który pomaga nam w osiągnięciu celu. To nie możliwe, powiecie. A jednak! Swoją pierwszą walkę o tytuł mistrzowski stoczyłam w lipcu 1999 roku. Stawką było zawodowe mistrzostwo Europy a rywalką Holenderka Esther Schouten. Walka była świetna, rywalka jedna z najlepszych jakie miałam okazję spotkać, tytuł zdobyłam. Po jakimś czasie dowiedziałam się że Esther zmieniła kategorię wagową i zdobyła tytuł mistrzyni świata. Pomimo tego, że była w innej kategorii nadal pozostała dla mnie konkurencją i to całkiem groźną. W październiku 2003 roku przygotowując się do kolejnej walki o mistrzostwo świata musiałam odbyć kilka walk sparringowych, do których nie wystarczał już mężczyzna ze względu na to, że z kobietą walczy się inaczej. Trzeba było znaleźć jak najlepszą sparringpartnerkę bo ostatnia walka jaką stoczyłam odbyła się ponad dwa lata wcześniej. Pierwsza osoba o której pomyślałam to była Esther. Mój trener powiedział że to znakomity wybór i zaprosiliśmy ją do Polski. Pomimo tego że Esther miała tylko 10 dni do swojej walki - przyjechała! Rywalka z którą kilka lat wcześniej stoczyłam zwycięska walkę o mistrzostwo Europy teraz była dla mnie ogromną pomocą! Te sparringi były bardzo zacięte i dały wspaniały efekt w postaci trzeciego tytułu mistrzyni świata w boksie zawodowym! To było wspaniałe doświadczenie i oby tylko taką konkurencję spotykać na swojej drodze!
No dobrze, sport sportem a co z tą konkurencją? W sporcie tak jak w życiu rządzą te same prawa choć detale z pewnością są różne i dostosowane do specyfiki zagadnienia. Bez względu na jakim polu przychodzi nam zmierzyć się z konkurencją za każdym razem jest inaczej. Nasza konkurencja to nie tylko anonimowa firma, która oferuje produkty czy usługi podobne do naszych ale to przede wszystkim ludzie. I to z ludźmi mierzymy się w walce o zwycięstwo o przetarg czy o medal. Czasem możliwości konkurencji przerażają nas i to jest moment w którym to my decydujemy czy tę walkę wygramy czy nie. Jeżeli uświadomimy sobie nasze braki, ewentualne niedociągnięcia, jesteśmy w stanie to zmienić na czas. Kwestia tylko, czy podchodzimy rzetelnie do swojej pracy i jak bardzo liczymy się z konkurencją. Jakimi uczuciami ją darzymy. Czy oślepia nas tylko nienawiść, czy może paraliżuje nas strach przed własnymi słabościami, czy może jesteśmy tak bardzo przekonani o swojej doskonałości że nie czujemy potrzeby rozwoju lub rozeznania rynku. A może uważamy naszą konkurencję za tak słabą że nawet żywimy w stosunku do niej sympatię z domieszką pobłażania? Jak pokazują różne przykłady, od nas i tylko od nas zależy co zrobimy. Efekty właściwego podejścia do rzeczy pojawia się prędzej czy później. Dla mnie konkurencja jest tworem, któremu należy się w większości wypadków głęboki szacunek. Różne są oczywiście metody działania konkurencyjnych firm, zdarzają się również takie o których nawet wstyd mówić, jednak ja jestem szczęściarą bo w większości przypadków miałam wspaniałe, godne siebie rywalki. Takich rywali czy może konkurentów jeśli wolicie, Wam wszystkich życzę! Bo to właśnie nasza konkurencja często stanowi o naszej rynkowej wartości.
Ja wyróżniłam praktycznie tylko jedno uczucie - szacunek ale ten wynika często ze skrajnie różnych uczuć. Miłość miesza się z nienawiścią, tworząc nowe inne uczucia: sympatii, antypatii, respektu, strachu, i nie wiem czego jeszcze... Jednak z jednym nie zgadzam się zupełnie - z tym że miłość można wrzucić w przegródkę pt. "interesy" czy "konkurencja". Zbyt ważne, magiczne jest to uczucie by można nim było darzyć taki twór jak konkurencja. Ja kocham swoją rodzinę (rodziców, syna, męża), przesympatycznego kundelka, którego przywiozłam z drugiego końca Polski kiedy był jeszcze maleńki, wymarzonego konia i swoją pracę, którą jest każdy mój sport...Z pewnością kilka rzeczy jeszcze mogłabym wymienić ale wśród nich nie znajdziecie konkurencji, bez względu na to czy to miałaby być któraś z moich rywalek ringowych czy ktokolwiek inny z kim miałabym rywalizować bez względu na dziedzinę.